Aktualności
R. Szymański: Dla takich chwil zostaje się sportowcem

Rozmawiamy z Romanem Szymańskim, który ostatnio przedłużył umowę z PGE Startem Lublin na kampanię 2025/26. Doświadczony center ma już na koncie 230 ligowych meczów w czerwono-czarnych barwach.
Podpisałeś kontrakt na kolejny sezon. To chyba nie była dla ciebie trudna decyzja?
Rzeczywiście, zwłaszcza że podejmuję ją praktycznie co roku już od sezonu 2017/18. Lata pokazują, że jestem w klubie dobrze traktowany i świetnie czujemy się w mieście wraz z rodziną. Cieszę się, że dostałem ofertę i prezes oraz trener dalej chcą mnie w zespole. Moja młodsza córka Nina urodziła się w Lublinie, starsza córka Pola chodzi tu do szkoły i jestem bardzo związany z tym miejscem. Właściwie, to dla mnie nic nowego, że zostaję w PGE Starcie. Powiedziałbym, że to naturalna kolej rzeczy.
Masz w lubelskiej szatni najdłuższy staż. Można powiedzieć, że w tym klubie widziałeś już wszystko?
Właściwie tak, może poza mistrzostwem. Jednak przeżyłem zarówno walkę o utrzymanie, jak i grę w Lidze Mistrzów. Były sezony, w których do play-offów brakowało naprawdę niewiele, były rozgrywki słabsze, były dwa finały Pucharu Polski i brąz w ENBL. Gdy osiem lat temu trafiałem do Lublina, trener Dedek powiedział mi, że fajnie pójść do klubu, który ma perspektywę rozwoju. No i można powiedzieć, że to kółko się domknęło, ponieważ zagraliśmy w finale, a przed sezonem nikt na to nie stawiał. Super być w takim miejscu. Cieszę się, że kibice wypełnili halę, że znów jest boom na koszykówkę i oby tak pozostało jak najdłużej.
Wiemy już, że większość polskich zawodników, którzy byli w składzie wicemistrzowskiej drużyny, zostaje w klubie na dłużej. Z pewnością dojdzie do zmian w zespole, ale utrzymanie polskiej rotacji ułatwia zgranie?
Rozmawiałem o tym z prezesem oraz trenerem Kamińskim i cieszę się, że zauważyli, że każdy z Polaków, pomimo posiadania różnych ról w zespole, dał z siebie sto procent i robił wszystko, co mógł, by pomóc drużynie. Dlatego każdy dostał propozycję nowej umowy. To ludzka strona klubu i należy ją docenić, ponieważ czasami w innych miejscach dochodziło do sytuacji, w których zawodnicy byli "ofiarami" rewolucji. I gdy klub piął się wysoko, to nagle brakowało miejsca dla osób, które pomogły mu dojść do tej pozycji. PGE Start Lublin wierzy w to, że możemy powtórzyć walkę o najwyższe cele i na pewno jako zawodowi sportowcy będziemy rywalizować o zwycięstwo w każdym meczu. Trzeba pamiętać, że już w tamtym stronie mieliśmy praktycznie niezmieniony zestaw polskich graczy. Teraz zapowiada się, że będzie podobnie. To bardzo duży plus, gdy krajowa rotacja jest zgrana. Poza tym trener wie, czego może od nas oczekiwać, a my mamy świadomość, czego wymaga sztab szkoleniowy.
Czy widok pełnej hali Globus podczas finałów był dla ciebie spełnieniem jednego z koszykarskich marzeń?
Zdecydowanie tak. Zabawna anegdotka jest taka, że im bliżej było play-offów, tym częściej Manu Lecomte pytał się mnie przed domowymi meczami, kiedy na trybuny przyjdzie więcej ludzi. Mówiłem mu zawsze: "spokojnie, wygramy jeszcze jeden mecz i frekwencja wzrośnie". W finałach mogłem powiedzieć z uśmiechem, że przepowiednia się wypełniła. To było coś pięknego. Gdy wchodzisz do hali i widzisz w kasie kartkę z napisem "bilety wyprzedane", a ludzie głośno dopingują od pierwszej do ostatniej minuty, to czujesz niesamowitą energię. Dla takich chwil zostaje się sportowcem.
Jakie nadzieje wiążesz z kolejnym sezonem?
Liczymy po prostu na kolejny dobry rok. Poprzedni sezon pokazał, że można mieć niezbyt udany początek, ale zakończyć rozgrywki sukcesem. Trzeba pamiętać, że to nigdy nie jest sprint, tylko maraton. Na pewno będą dołki i górki, ale, nigdy nie można tracić wiary. Myślę, że fakt, iż do końca wierzyliśmy w medal, był bardzo ważnym czynnikiem, który wpłynął na to, że zostaliśmy w czerwcu wicemistrzami Polski.

