Aktualności

Pierwszy wywiad z Jordanem Wrightem

BG0A0001

Najwyższy czas, byście poznali lepiej koszykarzy, którzy dołączyli do PGE Startu Lublin przed sezonem 2025/26. Na początek serwujemy Wam rozmowę z Jordanem Wrightem, jedną z sześciu nowych twarzy w szeregach czerwono-czarnych.

Nasi polscy zawodnicy przyznają, że masz dużą wiedzę na temat europejskiej koszykówki. Skąd to zainteresowanie? To nie jest powszechne wśród amerykańskich graczy.
Oglądam mnóstwo basketu, często nawet na dwóch telefonach jednocześnie. Po pierwsze, dlatego, że to po prostu kocham. Po drugie, lubię być na bieżąco. Obejrzałem większość meczów z ostatniego EuroBasketu, interesuje się też Euroligą. Rzeczywiście znam wielu zawodników, czy trenerów. Jestem fanem dyscypliny.

Mimo to, zderzenie z europejską koszykówką nie było dla ciebie łatwe. Dlaczego pierwszego sezonu w Turcji nie możesz nazwać udanym?
Cóż, nie było mi tam łatwo odnaleźć się w roli, która mi przypadła w drużynie. Zwłaszcza na tym etapie kariery. Poza tym, w lidze tureckiej są restrykcje dotyczące liczby obcokrajowców. W składzie na mecz możesz mieć ich tylko czterech, a w zespole było nas łącznie siedmiu. Co mecz ktoś musiał z tego powodu pauzować i pracować na kolejną szansę. Dobrze czułem się w Lidze Mistrzów, ale miałem problemy z odnalezieniem właściwego rytmu w rozgrywkach tureckich. Dlatego poczułem, że lepszym rozwiązaniem będą przenosiny. Nie chciałem utknąć na ławce rezerwowych, miałem inną wizję rozwoju mojej kariery.

Przeniosłeś się do G-League, a konkretnie do Motor City Cruise. Nie chciałeś zostać tam na dłużej?
Nie. Lubię europejską koszykówkę i podoba mi się życie na Starym Kontynencie. Skoro nie mogłem dostać się do NBA, moim celem było znalezienie klubu w Europie. Bardzo mi na tym zależało.

Co cię tak pociąga w europejskiej koszykówce?
Miłość do dyscypliny i pasja są tu trochę inne, niż w Ameryce. W USA jest oczywiście bardzo wysoki poziom, a zawodnicy są niezwykle utalentowani. Jednak na koniec dnia, to bardziej biznes, niż sport. W Europie serca ludzi biją dla koszykówki w innym rytmie. Jest w tym mnóstwo pasji, dlatego niezwykle się cieszę, że mogę w tym uczestniczyć. Myślę, że na poziomie NBA liczy się dużo więcej rzeczy, niż koszykówka sama w sobie. Za oceanem jest inaczej. Podoba mi się to bardziej romantyczne podejście do mojej ukochanej dyscypliny.

Jednocześnie, przyznałeś w jednym z wywiadów, że po zakończeniu kariery chciałbyś zostać dyrektorem generalnym w NBA...
Taki jest plan. Budowa składu, czy różnego rodzaju działania od "zaplecza" wydają mi się bardzo interesujące. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie łatwo otrzymać możliwość do sprawdzenia się w tak ważnej roli. Jednak koszykówka jest na tyle zglobalizowana, że amerykańscy zawodnicy, trenerzy, czy działacze pracują na całym świecie. Pobyt w Europie może pomóc mi zbudować sieć kontaktów i doświadczenia, które mogą mieć wartość w przyszłości. Nie wykluczam tego, że zacznę, np. jako skaut, a później będę wspinał się po drabinie klubowej hierarchii. Czas pokaże, jak to wszystko się ułoży. Na razie skupiam się na grze i póki zdrowie będzie mi na to pozwalać, zamierzam być zawodnikiem.

Skupmy się na teraźniejszości, czyli PGE Starcie Lublin. Dlaczego wybrałeś ofertę z naszego klubu?
Uznałem, że to dla mnie wyjątkowa okazja. W moim pierwszym roku na zawodowstwie nie wszystko poukładało się tak, jak tego oczekiwałem. Po rozmowach z agentem i trenerem Kamińskim uznałem, że w lubelskim zespole będę mógł odgrywać rolę, na której mi zależało, czyli podobną do tej z czasów uniwersyteckich. Dobrze czułem się w NCAA i chciałbym wrócić do takiego stanu oraz dyspozycji. Poza tym spodobała mi się wizja przedstawiona przez trenera, który osiągnął już sukces z tą drużyną w ubiegłym sezonie, a teraz chce zaprezentować się dobrze nie tylko w Polsce, ale też w europejskich pucharach. Przed nami wiele wyzwań, których nie mogę się doczekać.

Jaki styl gry najbardziej lubisz?
Bardzo podoba mi się koszykówka preferowana przez trenera Kamińskiego. Dużo dzielimy się piłką, często zmieniamy tempo gry. Nie brakuje pick'n'rolli, czy szybkich przejść z obrony do ataku. Lubię ofensywną grę, choć moim zdaniem jestem lepszym zawodnikiem w obronie.

IMG_6643

Jesteś w Lublinie od miesiąca. Zadomowiłeś się już?
Bardzo mi się tu podoba. Szczerze mówiąc, miasto prezentuje się lepiej, niż myślałem. Choć muszę przyznać, że nie wiedziałem, czego się spodziewać. Nie wiedziałem, czy posmakuje mi jedzenie i czy będzie łatwo dostosować się do lokalnej kultury. Staram się uczyć polskich słówek i zwrotów. To pomaga lepiej porozumiewać się z chłopakami i ludźmi z otoczenia. Poza tym sprawia radość wielu osobom, co jest fajne. Póki co nie mogę powiedzieć na temat życia w Polsce złego słowa.

W jednym z wywiadów stwierdziłeś, że koszykówka nauczyła cię przede wszystkim tego, że nigdy nie można brać czegoś za pewnik...
Zawsze podpiszę się pod tym stwierdzeniem obiema rękami. Wydaje mi się, że mój pierwszy rok na zawodowstwie to udowodnił. W sporcie nie można się poczuć zbyt pewnie lub myśleć, że coś będzie już na stałe. Zawsze musisz być gotowy na każdą ewentualność, a zwłaszcza być w jak najwyższej formie. Wszystko może się zmienić w mgnieniu oka. Gdy trafiłem do Turcji, to wydawało się, że jest w porządku, ale po pewnym czasie byłem już z powrotem w USA w trakcie sezonu. Pokora jest bardzo ważna. Nie można o niej zapominać. Każdego dnia musisz stać się lepszą wersją siebie.

A czy trudno nabrać pokory, gdy zostałeś pierwszym koszykarskim absolwentem The Dunham School, którego numer zastrzeżono za zasługi dla licealnej drużyny?
Kompletnie się tego nie spodziewałem i to wiele dla mnie znaczy. Zawsze, gdy się tam pojawiam, słyszę o tym, jaki miałem wpływ na szkołę i jej rozwój. To niesamowite. Widzę, że dzięki temu coraz więcej dzieciaków chce uprawiać tam sport i spełniać marzenia. Nie wiedziałem nic na temat tej szkoły, zanim do niej trafiłem. Moi rodzice namówili mnie na ten ruch. Nikogo tam nie znałem, ale przeżyłem niesamowitą przygodę. To pokazuje, że ciężka praca popłaca.

Podobno najważniejszym trenerem w twoim życiu jest Jonathan Pixley, którego poznałeś właśnie w Dunham. Można go nazwać twoim mentorem?
Zdecydowanie. Wiele mnie nauczył, poświęcił mnóstwo czasu i przede wszystkim nigdy nie pozwolił mi przestać być głodnym rozwoju. Jednocześnie zapewnił mi dużo pewności siebie, która jest bardzo potrzebna, by stać się zawodowym sportowcem. Między nami wytworzyła się więź, która przetrwała na długo. Do dziś, każdego lata trenujemy razem niemalże codziennie. Ta sytuacja trwa już od dekady. Traktuję go jako przyjaciela, wzór do naśladowania, praktycznie jak członka rodziny. Zazwyczaj to jedna z pierwszych osób, która dowiaduje się o moich planach, decyzjach, czy różnego rodzaju przemyśleniach. Gwarantuje mi niesamowite wsparcie. Jest dla mnie ogromną podporą. Nie sądzę, bym kiedykolwiek jeszcze spotkał na swojej drodze drugiego trenera, który wywrze tak duży wpływ na moje życie.

Nie pochodzisz ze sportowej rodziny. Jak doszło do tego, że zostałeś zawodowym koszykarzem?
Zacząłem grać w kosza, bo to była dla mnie czysta frajda. Kiedy byłem mały, częściej można było mnie spotkać na boiskach do futbolu amerykańskiego lub baseballu. Sporo graliśmy wtedy w baseball z moim tatą. Jednak gdy trochę dorosłem, wielu moich kolegów uprawiało koszykówkę i zarazili mnie miłością do tej dyscypliny. Poza tym, dorastając w Luizjanie, trzeba brać pod uwagę, że na dworze jest piekielnie gorąco. Te upały sprawiły, że chętniej spędzałem czas w sali gimnastycznej i rzucałem do kosza, aniżeli uprawiałem sporty na zewnątrz. Rzeczywiście w mojej rodzinie nie było wielu sportowców. Właściwie to tylko jedna z moich kuzynek grała w koszykówkę na koledżu w Teksasie. Nikt mnie nie naciskał, żebym wybrał inną drogę lub trzymał się określonej dyscypliny, decyzja należała do mnie. Na pewno jej nie żałuję.

Kto był twoim koszykarskim idolem za młodych lat?
D.J. Augustin. Wychowywał się w tych samych rejonach, w naszych stronach każdy go znał i mu kibicował. Grał dla uczelni z Teksasu, dostał się do NBA i spędził tam wiele lat. Niewątpliwie był dla mnie dużą inspiracją.

Przed nami pierwsze mecze o stawkę. Jak oceniasz potencjał drużyny tuż przed eliminacjami Ligi Mistrzów?
Cały czas jesteśmy w procesie zgrywania, który na pewno wymaga trochę czasu. Widzę na treningach, że mamy wiele talentu w zespole. Scalamy się zespołowo. Zrobimy wszystko, żeby walczyć o zwycięstwo w każdym meczu i sprawiać radość kibicom. Niech trzymają za nas kciuki.

BG0A1637

Lublin

Zadanie w zakresie wspierania i upowszechniania kultury fizycznej realizowane jest przy pomocy finansowej Miasta Lublin.

PGESponsor Tytularny
LublinPARTNER GŁÓWNY
LubelskiePartner Strategiczny
PerłaSPONSOR STRATEGICZNY
Nasi partnerzy